środa, 27 sierpnia 2014

Wodospad Blasku i taniec demona

Czarnowłosy chłopak szedł za exceedką w żabim stroju koloru różowego, z lekkim uśmiechem rozświetlającym przeważnie ponurą postawę. Dwoje towarzyszy przedzierało się właśnie przez tłum ludzi, biorących udział w festynie.
Dlaczego Rogue, który lubił przesiadywać z dala od zgiełku miast, domostw i całego tego hałasu, łaził po jednym ze znienawidzonych miejsc?

Dlaczego był tu, a nie na przykład w lesie na cichej polanie lub nad brzegiem rzeki?
Ponieważ widział ile radości dają same opowieści o zabawach, tańcach, zabawnych konkursach, kolorowych straganach małej Fro, którą tak na prawdę kochał. Poświęcił czas, który z łatwością mógł przeznaczyć na trening, by uszczęśliwić towarzyszkę. To właśnie jej dobry nastrój, szeroki uśmiech i błyszczące z zachwytu oczy wynagradzały mu męczenie się z hałasem i potworny ból głowy, który z każdą chwilą się potęgował. Dla niej postanowił zrobić coś wbrew sobie. Tego dnia zgadzał się na wszystko, o co poprosiła i co proponowała. Zatrzymywali się przy każdym stoisku, nie ważne czy było to stoisko z popcornem, czy z watą cukrową, przekąskami czy pamiątkami, książkami czy dziwacznymi przebraniami, a nawet z maskotkami w różnorakich rozmiarach. Na szczęście po jednej przejażdżce na kolejce górskiej, Fro nie wspominała o kolejnej. Wystarczająco się wystraszyła, gdy podczas jazdy jej opiekun powstrzymywał mdłości i był cały zielony na twarzy. Tyle czasu minęło odkąd widziała go w takim stanie, że zdążyła zapomnieć o jego chorobie lokomocyjnej. Dlatego później oglądała jedynie wszystkie "poruszające się" atrakcje, których było sporo; udawała także, że boi się nimi przejechać, by pocieszyć Smoczego Zabójcę, co jej się na szczęście udało. Gdy exceedka zatrzymała się przed budką z balonami i przeróżnymi świecidełkami z otwartą buzią i świecącymi oczami, Rogue obawiał się, że za moment zostanie poproszony o wszystkie pierdoły z tego sklepu. Tym bardziej zdziwił się, kiedy Fro odwróciła się do niego ze srebrnym medalionem w łapkach oraz niemą prośbą w dużych oczach. 
Czarnowłosy z uśmiechem zapłacił za przedmiot, a następnie zawiesił znalezisko właścicielce na szyi. Wziął ją na ręce, ruszając w stronę lasu, czyli ucieczki z zatłoczonego rynku. Mijając tłumy ludzi, spoglądał na śpiącą towarzyszkę i marzył o cichym miejscu, by wreszcie móc odpocząć od zgiełku miasta. 


 
Rogue i Frosch


 Rogue Cheney

                                                Frosch


Mirajane siedziała na stołku przy barze w towarzystwie Lucy, Erzy, Levy i Wendy. Razem czekały aż Cana zdradzi im co zobaczyła w przyszłości białowłosej barmanki, co oczywiście bardziej interesowało innych niż samą Mirajane. Nawet gdy Alberona spoglądała na nią z błyskiem w oku i z zadziornym uśmiechem, Straus jako jedyna nie ponaglała jej. Nagle Cana zbliżyła się do niebieskookiej i będąc o krok od niej z podekscytowaniem poradziła jej udać się do Wodospadu Blasku, według niej musiała zdążyć na noc przesilenia, bo w czasie pełni stojąc u podnuża wodospadu, spotka ją coś niesamowitego i bardzo cennego, czego nie mogła zlekceważyć, bo to będzie kluczowy moment w jej życiu. Jak się, mogła spodziewać, nie miała pojęcia co to miałoby być, ale mimo to dziewczyny nalegały by się tam udała. Jednak, gdy ustalały o której wyruszą, fioletowooka stuknęła sięotwartą dłonią w czoło i wymamrotała zrezygnowana:
- Chcecie jechać z nią?! Wszystko zepsujecie! Ona musi się tam wybrać sama.
Przez co wszystkie spojrzały zdziwione na przyjaciółkę, a Miruś zaczęła się lekko obawiać co brunetka ma na myśli.
- Pani Miro, uda się pani nad ten wodospad?
Pytanie padło z ust zaciekawionej Wendy, przez co Carla, która dopiero co się przysiadła, prychnęła z irytacji. Jednak białowłosa nie zwróciła na to zbytniej uwagi, starała się domyślić co ma się wydarzyć i czego dowiedziała się Alberona. Niestety nie miała żadnych pomysłów, co do zagadkowego zachowania przyjaciółki.
- Chyba jednak pojadę to sprawdzić.
Odparła po chwili.
- Naprawdę? 
Erza nie mogła uwierzyć, że Mira się jednak zdecydowała.
- Tak, wyruszę jutro rano. Do zobaczenia.

Po czym wstała i pożegnała się ze znajomymi. Wychodząc, poinformowała mistrza o swoich planach. 
W czasie drogi do domu, wpatrywała się z uśmiechem na twarzy i nadzieją na wspaniałą przygodę, w ciemne niebo rozjaśnione licznymi gwiazdami. Zanim poszła spać, spakowała najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i porozmawiała ze swoim rodzeństwem. Kładła się z mieszanką ciekawości, radości i niepewności. 
Erza Scarlet

Levy MacGarden



Lucy Heartfilia




Rogue leżał pod drzewem, kojąc zszargane nerwy i delikatnie głaskał Fro po główce, by jej nie obudzić. Jak co noc wpatrywał się w gwiazdy, a widząc księżyc, uśmiechnął się lekko.
Jeszcze jedna noc i pełnia. Jedna noc i będzie po wszystkim. 


Stała przed lustrem, powtarzając w myślach, że cokolwiek ma się stać, poradzi sobie. Z niepewnym uśmiechem weszła do kuchni z plecakiem na jednym ramieniu. Obiecując szybki powrót rodzeństwu, wyszła z domu. Na dworze przywitał ją rześki poranek, sprawiając zadowolenie demonicy, rozwiewał kosmyki jej włosów tak, że poruszały się jak w tańcu. Dziewczyna pewnie ruszyła przed siebie, zmuszając się do szybkiego tępa podróży, by zdążyć na pociąg. Z tego co pamiętała miejsce w którym miała wysiąść miało dziwaczną nazwę, zaczynającą się na literę R i miało z dwadzieścia liter, ale jak na złość nie potrafiła sobie jej przypomnieć. 
Trudno, wysiądę w którymś momencie i będzie co ma być albo zapytam kogoś podczas podróży pociągiem.
Weszła na peron, w momencie w którym pociąg ruszył w drogę. Zdenerwowana na samą siebie biegła, w stronę uciekającego środka lokomocji. Gdy po kilkunastu metrach udało jej się złapać i wdrapać do ostatniego przedziału, opadła na pierwsze wolne miejsce, z niemałą ulgą. 


Fro biegała po trawie rozradowana, co parę kroków zatrzymywała się i zrywała jedną koniczynkę. Podśpiewywała melodię, którą zapamiętała z festynu z entuzjazmem. Rogue który zdążył zgasić ognisko i posprzątać prowizoryczne posłanie, siedział oparty o podnóże zbocza, i obserwował cieszącą się towarzyszkę. Nie umknął mu żaden szczegół, wiedział ile koniczynek Frosch ma w łapkach, rozpracował co ile kroczków się zatrzymuje i na jak długo. Dobrze pamiętał trasę jej biegania od pierwszego kroczku, jakby było to bardzo ważne. Gdyby ktoś był ciekawy, czarnowłosy mag mógłby zdradzić ile razy exceedka dziękowała mu za wczorajszą wyprawę oraz za srebrny medalion. Choć powinni już ruszać w drogę nad potok, by dotrzeć do bardzo starego i rozłożystego dębu, którego konary wiły się przy samej ziemi, Rogue nie ponaglał Frosch. Chłopak chciał jak najdłużej cieszyć się tym rzadkim widokiem. Nagle jego myśli zaczęły krążyć wokół kłótni ze Stingiem. Przyjaciel już od dłuższego czasu napominał go, że jeśli nie zacznie rozglądać się za kobietą, będzie sam aż się zestarzeje i umrze. Niby nic takiego, ale te z pozoru nic nie warte zdanie zaczęło grać Roguowi (czy jak to się odmienia) na nerwach. Ile można czegoś takiego słuchać?
Fakt, podczas igrzysk magicznych zwracał uwagę na kobiety, choć dużo bardziej interesowała go ich siła, na przykład zaimponowała mu Erza z Fairy Tail, Mirajane w końcowym ataku, także Wendy która nie wyglądała na silną a jednak wykazała się w swojej walce, oraz Kagura z Meremad Hell ze swoim stylem walki (walczyła nie wyciągając miecza). Jednak nigdy nie zwracał na nie uwagi w kategorii "towarzyszka w życiu", jak to głupio nazwał Lector. 
A może powinien? Może znajdzie się jakaś dziewczyna, która by go interesowała? 


Horda Laxusa podążała za swoim przywódcą, dogadując sobie nawzajem już od dłuższego czasu. 
- Dobra Ever już będę cicho, tylko obiecaj mi jedno.
Brunetka spojrzała na Bickslowa podejrzliwie.
- Co ja ci mam obiecać, żebyś w końcu utkał twarz? Co? Może mam ci kupić jakąś zabawkę? 
- Bardzo śmieszne, jakaś ty zabawna ha ha. 
- Co już ci brak języka w gębie?
- Nic podobnego! Masz mi tylko obiecać, że jak już będziesz miała ślub z Elfmanem, to ja będę twoim świadkiem! 
Odparł zadowolony z siebie Bickslow z szelmowskim uśmiechem.
- Coś ty powiedział?
Krzyknęli jednocześnie Fred i Evergreen. 
- To ja Fred Justine będę jej świadkiem, ty możesz jedynie stać w pierwszym rzędzie i się wszystkiemu dokładnie przyglądać.
Odpalił Fred, przez co oberwał od Ever łokciem w bok.
- Żadnego ślubu nie będzie! Ogarnijcie w końcu swoje niedorozwinięte mózgi i przyjmijcie to do wiadomości! 
Nieźle wkurzona kobieta wydarła się na dwóch kolegów nie szczędząc gardła. 
Za to Laxus poirytowany zachowaniem tej trójki popaprańców, przymrórzał oczy, patrząc przed siebie na słońce, które właśnie wzbijało się coraz wyżej na niebie, rażąc po oczach podróżnych. Nie chciało mu się ich uciszać wcześniej, bo choć miał już tej paplaniny dość, to zdążył polubić ten rodzaj ich rozmów. Choć prawie się nie odzywał, przysłuchiwał się zawsze ich argumentom, które często były śmieszne. Mimo to, skupiał się na misji, którą mieli wypełnić. Zadanie było bardzo dziwne, bo po co mają szukać jednej dziewczyny cztery osoby? Z drugiej strony, jeśli magini, która porwała córkę zleceniodawcy, była tak silna jak im powiedziano, to ciekawie będzie się z nią zmierzyć. W końcu muszą się dowiedzieć od niej, gdzie przebywa dzieciak o imieniu Libby, którą uprowadziła dwa miesiące temu. Dalej dziwił się, że pozwolił tym popaprańcom wybrać misję, bo jak on mógł szukać dziesięcioletniego bachora? Sam nigdy nie wybrałby takiej misji. 
Z zamyślenia wyrwał go huk walącego się przed nimi drzewa ...

Od lewej Bickslow, Fred, Ever

Laxus


Mirajane waśnie wychodziła ze stacji docelowej, gdy zobaczyła szarpiącą się dziewczynkę o pomarańczowych, kręconych włosach, trzymaną przez wysoką kobietę o krótkich, fioletowych włosach. Niby nic takiego, bo pewnie była to matka z córką, sądząc po rysach twarzy i oczach, ale Mira nie potrafiła oderwać od nich wzroku. Miała dziwne przeczucie, że coś jest nie tak jak powinno. Po chwili stwierdziła, że to tylko jej wymysły i ruszyła przed siebie w stronę miasteczka. Po pytaniu kilku przechodni, dowiedziała się jak ma dotrzeć do wodospadu oraz rozwiązania przyczyny dziwnego zachowania Cany. Podobno dotarcie tam powinno jej zająć około pięć godzin, a choć była dopiero trzynasta dwadzieścia, białowłosa ruszyła w wyznaczonym kierunku, ciekawa co się stanie. Wchodząc ścieżką do lasu, uśmiechnęła się na dźwięk świergotu licznych ptaków. Podśpiewując sobie cichutko, ale bardzo melodyjnie, podziwiała mijane kwiaty i zwierzęta, zaglądające na nią zza drzew i krzewów.



Rogue stał przy źródle potoku, zastanawiając się, gdzie powinni rozpocząć poszukiwania. Błądził wzrokiem po drzewach rosnących po obu stronach, ale nigdzie nie było żadnego dębu. Głośno wzdychając, ruszył wzdłuż źródła pięknego, błękitnego potoku. Frosch siedząca mu na ramieniu, bawiła się prezentem, przez co przeszkadzała mu ciągłym wierceniem. O czym z resztą nawet nie wspomniał towarzyszce, znosząc jej nagłą ruchliwość. 


Mira siedziała na polanie i posilała się domowym jedzonkiem, które przygotowała dla niej jej młodsza siostra. Po posiłku położyła się leniwie na intensywnie zielonej trawie. Wpatrywała się w wolno zmieniające się kształty chmur, które to raz przypominały jej wazon z kwiatami, później kota, lecącego ptaka, drzewo, biegnącego psiaka, a nawet wielbłąda. Ptaki latały tak blisko niej, że miała wrażenie iż zaraz na nią wpadną. Motyle siadały na kwiatach koło jej głowy, jakby specjalnie chciały zwrócić na siebie jej uwagę. 
Pośród tych kojących obrazów i dźwięków nagle pojawił się głuchy huk oraz czyjś donośny krzyk, pomieszany z głośnym płaczem dziecka. Kobieta poderwała się tak szybko, że aż się zachwiała. Łapiąc w pośpiechu plecak, biegła w stronę krzyku. Podążała pod wysoką górę, która była stroma i skalista. Ku jej niezadowoleniu musiała zwolnić, gdy kawałki kamieni i skały kruszyły się pod jej stopami. 


Na powalonym drzewie stało kilka postaci, Laxusowi wydawało się, że jest ich siedem w tym trzy kobiety. Za kilka sekund pył który unosił się w powietrzu, opadł na tyle, by mógł dokładnie przyjrzeć się przybyszom. Cała zgraja była poubierana na czarno, wszyscy byli w spodniach, mężczyźni mieli szerokie bluzy, a kobiety dopasowane kórtki. Każda z tych siedmiu osób miała chustę zasłaniającą nos i usta. Wszyscy mieli tak samo kruczoczarne włosy. Po kilku sekundach najwyższy mężczyzna zrobił kilka kroków do przodu i zmierzył Gromowładnych pogardliwym wzrokiem. Gdy odwracał się do towarzyszy, usłyszeli jego niski głos.
- Kobietę macie mi przyprowadzić, a reszty się pozbądźcie. Nie będą mi w niczym potrzebni. Jazda!
Na te słowa członkom Fairy Tail zwęziły się oczy w gniewnym wyrazie, mięśnie napięły się gotowe do ataku. Panowie stanęli tak, by Ever była w środku, co nie do końca spodobało się brązowowłosej. Byli bardzo chętni, by skopać zarozumialcom zadki. Szczególnie uwaga skierowana by pozbyć się Laxusa, Freda i Bickslowa była śmiesznie arogancka. Niedocenienie ich jako przeciwnika, grało im na nerwach. Gdy trzech facetów nagle ruszyło na nich z długimi, ale zaskakująco wąskimi sztyletami w obu dłoniach, z szaleństwem w oczach, Fred wysunął się lekko przed towarzyszy. Wyciągnął swoją szpadę, celując w zbliżających się wielkimi susami wrogów. Cichutko mówiąc coś na miarę zaklęcia, poruszył szpadą, wyznaczając na ziemi prostokąt, zamykający całą parszywą trójkę. Bariera pojawiła w pół sekundy, co zbiło napastników z tropu. Nagle z ziemi wydostały się pnącza, które oplotły mężczyzn od stóp do pasa. Miotali się oni wewnątrz bezlitosnej bariery, nie wiedząc jak się pozbyć pnączy, które coraz bardziej zacieśniały się wokół nich i tym samym uniemożliwiały ruchy. Kobiety w czerni były dużo bardziej ostrożne, rozdzieliły się i bardzo szybko zbliżyły się każda do innego przeciwnika. Cicho się przemieściły, a ich strój wraz z ruchliwością przeszkadzały w ich zlokalizowaniu. Kobieta zakradająca się od tyłu do Freda, z uśmiechem podniosła staromodny sztylet, zdobiony licznymi kwiatami na rękojeści, by zadać mu cios w kręgosłup. Nic nie wiedzący zielonowłosy, wpatrywał się w lidera czarnych. Byłby mocno zraniony, gdyby nie Ever, która to znikąd pojawiła się przy nim. Brązowowłosa błyskawicznie zablokowała przedmiot pomiędzy dwoma rękami, raniąc się ostrzem. Zerknęła ona w oczy zamaskowanej kobiecie ponad swoimi okularami, co spowodowało zmienienie się napastniczki w posąg. W tym samym momencie Bickslow klnąc pod nosem i marudząc, bełkotał coś o tym, że nie lubi walczyć z kobietami. Kazał on swoim "dzieciaczkom" unieruchomić swoją przeciwniczkę, co przyniosło pożądany efekt. Laxus zamknął kobietę, która go zaatakowała, a raczej starała się zaatakować, w barierze, której ściany zbudowane były z krążących wokół błyskawic. Widząc to lider zamaskowanych typów, wycofał się i z pośpiechem oddalił od zamieszania. Niezadowoleni magowie patrzyli jak nieźle wkurzona Ever, zmienia całą pozostałą piątkę w posągi, jednak najpierw pozbywała się ich chust z twarzy. 
- Co za idioci atakują, zanim choć trochę nie poznają magię przeciwnika?
- Sami się o to prosili, więc ich nie żałuj Fred. Byli żałośni, a ich największym błędem było niedocenienie nas.
Odparła zirytowana kobieta.
- Spokojnie Ever, złość piękności szkodzi. Chyba nie chcesz, by Elfman przestał się do ciebie odzywać. 
Dolał oliwy do ognia Bickslow.
- Coś ty powiedział, ty wielka kupo łajna?!
- ZAMKNIJCIE SIĘ WRESZCIE!
Ryknął nagle Laxus. Chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie poczuł zapach lawendy, który od razu skojarzył z dziewczynką, którą mieli znaleźć. Bez słowa ruszył jak szalony za zapachem, a za nim zdziwieni towarzysze. Przeskakiwali po skałach i konarach drzew tak szybko jak potrafili, by tylko nie zgubić ich lidera. Po chwili męczącego pościgu znaleźli się na maleńkiej polanie. Zobaczyli dziewczynkę o pomarańczowych, kręconych włosach przytuloną do białowłosej kobiety.
Zaraz, moment ... przecież ... to Mira!
- Mirajane co ty tu robisz?
Spytała zdezorientowana Ever.
- Czekam na was z Libby, którą odprowadzicie bezpiecznie do domu.
Odparła z uśmiechem niebieskooka magini. Na jej słowa dziewczynka wstała i obserwując Gromowładnych, podeszła do brązowowłosej kobiety.
- Proszę pani chciałabym być już w domu ... Boję się tego lasu.
Dziewczynka wtuliła się do kobiety, wprawiając ją w nie małe zakłopotanie. Po chwili wahania delikatnie objęła Libby, a lekki uśmiech wkradł się na jej twarz. Bickslow I Fred widząc reakcję przyjaciółki, spojrzeli na siebie wymownie, co nie umknęło Laxusowi. Podszedł on do uśmiechniętej Miry i przykucnął obok niej.
- Jak znalazłaś tą małą w środku lasu? Podobno uprowadziła ją jakaś magini, nie było jej z tą małą?
- Znalazłam ją, kiedy uciekała. Krzyczała. Za moment pojawiła się wysoka kobieta o fioletowych, krótko ściętych włosach. Libby się za mną schowała. Kobieta chciała ją złapać za rękę, ale dziewczynka zaczęła mnie błagać o pomoc. Zdenerwowana magini wyciągnęła bicz, który wymierzyła we mnie i kazała oddać dziewczynkę. Gdy mnie zaatakowała przyzwałam duszę szatana, co ją wystraszyło. Uciekła, a za chwilę pojawiliście się wy. Przez tę chwilę Libby zdążyła mi trochę o sobie powiedzieć, więc wiem że to jej szukacie. 
- Jakaś pokręcona ta magini. Cała ta misja jest dziwna. Dobra, to my się zbieramy, w końcu mamy sprowadzić dzieciaka do domu. Dzięki za informacje Mirajane.
- Proszę, miłej drogi. 
- Ta, dzięki.
Gdy tylko ruszył, jego świta razem z Libby poszła za nim. Mira stała jeszcze chwilę, po tym jak zniknęli za drzewami. Z uśmiechem ruszyła w swoją stronę. 


Było późne popołudnie, gdy zrezygnowany Rogue człapał brzegiem rzeki, kawałek za nim była Frosch, która wesoło skakała z kamienia na kamień. Po chili czarnowłosy zatrzymał się, by rozglądnąć się za dębem. Zdążył się obrócić, by zobaczyć jak jego towarzyszce, obsuwa się kamień spod łapki i jak ze strachem w dużych oczkach wpada do rwącej rzeki. Bez chwili wahania odepchnął się mocno nogami, wskakując do wody. Starał się płynąć, ale prądy wodne wywracały nim na wszystkie strony. Co chwilę wciągało go pod wodę, a gałęzie, których się łapał, lądowały z nim w zimnej toni. Cały czas starał się łapać oddech, co nie było proste, bo tylko na ułamki sekund udawało mu się pozostać głową nad zdradziecką wodą. Powoli tracił rozeznanie gdzie jest góra a gdzie dół. 
Nagle poczuł, że spada. 
Wpadając znów do wody, zdał sobie sprawę, że najprawdopodobniej spadł z wodospadem. 
A potem nie czuł już nic.
Ogarnęła go ciemność, bezkresna  i obezwładniająca.


Białowłosa piękność siedziała na kamieniu niedaleko podnóża wodospadu, mocząc stopy. Czekała na noc z ogromnym poddenerwowaniem. Była zapatrzona w lustro wody tuż pod kaskadami spadającego błękitu. Nagle w pięknie niebieskiej toni pojawiło się coś różowego, nurt niósł to do brzegu, niedaleko kobiety. Miruś podniosła się i obserwując różowe coś, szła w jego stronę. Z każdym krokiem, utwierdzała się w przekonaniu, że to nie przedmiot. Wyłowiła to najszybciej jak potrafiła, przekręcając do siebie różowe coś, otworzyła szerzej oczy. Od razu rozpoznała zieloną exceedkę w żabim stroju, pierwsze czym się zajęła, było sprawdzenie czy mała Frosch oddycha. Mira odetchnęła z ulgą, słysząc krótki ale w miarę równy oddech, już spokojniejsza wyszła na brzeg i sprawdziła czy maluch  nie jest ranny. Frosch była cała poraniona, jej lewa tylna łapka wyglądała na złamaną, więc niebieskooka delikatnie ją usztywniła. Nieprzytomną exceedkę owinęła w swoją bluzę i ułożyła na kocu, podkładając jej pod główkę plecak. Za zatroskaną maginią rozległ się głośny plusk. Kobieta przełknęła głośno ślinę, w obawie że zobaczy jeszcze bardziej poranionego towarzysza małej Frosch. Jednak obróciła się szybko i ruszyła pośpiesznie do wody, widząc czarnowłosą postać tylko w niewielkiej części ponad taflą wody. Ostrożnie ale szybko weszła do wody, zanurzyła się prawie cała, by podpłynąć do mężczyzny. W mgnieniu oka pokonała dzielący ich dystans, odwróciła go i jej oczom ukazała się nieprzytomna i mocno poraniona twarz Smoczego Zabójcy Cienia. Z trudem dopłynęła z Roguem do brzegu i wyciągnęła go z wody. Sprawdzając czynności życiowe Smoczego Zabójcy, zauważyła że zaczyna on się ruszać i krztusić. Jednym sprawnym ruchem przewróciła go na bok, by mógł wypluć wodę, która dostała mu się do płuc. 
- Frosch ... gdzie ... ona ... jest? ... Fro ...
To były pierwsze słowa jakie powiedział, gdy odzyskał panowanie nad głosem. Był bardzo zmartwiony i wystraszony. Mirajane złapała go za oba policzki, żeby skupił się na tym co chce mu przekazać. 
- Fro nic się bardzo poważnego nie stało. Znalazłam ją chwilę przed tobą, śpi sobie teraz spokojnie, opatrzona i osuszona. Jest mocno podrapana i chyba ma złamaną łapkę. Jednak nic jej złego nie grozi. Teraz zajmę się tobą.
- Fro jest ... bezpieczna?
Spytał czarnowłosy drżącym głosem.
- Tak, jest bezpieczna.
- Dziękuję, ona ... ona jest dla mnie ... wszystkim.
Już spokojniejszy pozwolił Mirze pomóc sobie podejść do miejsca, gdzie spała jego towarzyszka. Nie oponował, gdy kobieta poleciła mu ściągnąć pelerynę i bluzę. Pozwolił magini przemyć i opatrzyć rany na rękach, ramionach, plecach i torsie. Posłusznie wypił trochę herbaty z jej termosu, jak mu poleciła oraz położył się, żeby mogła go przykryć, choć w pewnym stopniu, swoim płaszczykiem. Po jakimś czasie zasnął, kojony delikatnym śpiewem Miry. 


Rogue obudził się, gdy słońce już całkowicie oddało niebo księżycowi, tworząc czerwone smugi na granacie sklepienia. Siadając, zobaczył, że białowłosa kobieta siedzi obok i patrzy na niego swymi dużymi, niebieskimi oczami. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest piękna, jej pogodna twarz i ciepłe spojrzenie nagle go onieśmieliły. Gdy zerknął na jej figurę i w duchu stwierdził, że jest ona dużo bardziej seksowna w zwykłych spodenkach i koszulce na żywo, niż na zdjęciu w dopasowanej sukience, które raz pokazał mu Sting z szelmowskim uśmiechem. Zaczerwienił się lekko przez plątaninę myśli. Nie był w stanie spojrzeć teraz na Mirajane, bo wstydził się swoich nie niewinnych myśli związanych z tą piękną ale silną maginią. Szybko potrzebował jakiegoś błahego tematu i wtedy przypomniał sobie o srebrnym medalionie, który sprawił tyle radości Fro. Rozglądając się dookoła, nigdzie go nie dostrzegł.
- Widziałaś może przy Frosch srebrny medalion?
- Nie ...
- Czyli musiał spaść na dno razem z nurtem i wodospadem ... Pójdę go poszukać. 
Dodał po chwili, ale nie zdążył wstać, bo kobieta zagrodziła mu drogę.
- Musisz jeszcze odpocząć, ja go poszukam.
Nic więcej nie dodając, podeszła do drzewa przy brzegu i ściągając koszulkę i spodenki, powiesiła je na konarze. Wchodziła do wody ubrana w jasnoniebieski, dwuczęściowy kostium kąpielowy. Czarnowłosy obserwował jak przez następne godziny Miruś nurkowała i wynurzała się z wody. Nie spuszczał jej z oczu. 

Kilka minut przed północą Mirajane wynurzyła się, ściskając w ręce srebrny łańcuszek. Mężczyzna patrzył jak szczęśliwa kobieta, tańczy w wodzie. Poruszała się delikatnie, z gracją, wprawiając taflę wody w lekkie falowanie wokół jej osoby. Kreśliła rękami w powietrzu jakieś niesamowite wzory, jakby tworzyła abstrakcyjne malowidło na niewidzialnym płótnie. Oczarowany Smoczy Zabójca zbliżał się do kobiety powoli, z uśmiechem na ustach. Dziewczyna zauważyła go, gdy był zaledwie kilka metrów od niej. Mimo to podpłynęła do niego i pokazała mu srebrny medalion na łańcuszku, który znalazła. Rogue rozpoznając przedmiot,  jeszcze bardziej się uśmiechnął i przytulił Mirę z entuzjazmem. Po chwili dotarło do niego co właśnie zrobił i lekko zarumieniony odsunął się od magini. Jednak widząc, odbijające się w wodzie srebrne blaski księżyca wokół białowłosej, na której twarzy błąkał się lekki uśmiech, wiedział że za moment zrobi coś, czego by się po sobie nie spodziewał. Nie był pewny, czy ona mu na to pozwoli, ale w tym momencie gotów był zaryzykować. Lekko ujmując Mirę za policzek, pochylił się nad nią i spojrzał w jej niebieskie oczy, które były spokojne, ale błyszczały ze szczęścia. Nie zastanawiał się dłużej, tylko lekko ucałował usta dziewczyny, najpierw raz, a potem jeszcze drugi i trzeci. Za każdym razem niebieskooka oddawała mu pocałunki. Jej usta były słodkie i delikatne. Po chwili stykali się czołami, patrząc sobie w oczy.
- Obawiałem się, że oberwie mi się za to.
Wyznał cicho czarnowłosy.
- Oberwiesz jak mnie zaraz nie pocałujesz.
Odgryzła mu się Mira z łobuzerskim uśmiechem, wywołując cichy śmiech Roguea. Chłopak spełnił jej żądanie z wielką starannością, obejmując ją lekko ale zachłannie. 
                                                 
                                                                        The End